

Walencja kusi żeglarzy, a wkrótce może stać się liderką na Morzu Śródziemnym. Poczujecie tu „ducha starego portu” i smak słynnych regat żeglarskich o Puchar Ameryki. Dowiecie się, dlaczego węzły miały kiedyś duszę, a teraz mają tylko instrukcję obsługi i dlaczego muzyka techno jest nazywana „bacalao”

Walencja uwodzi. To spogląda w kierunku morza i portu, do którego ściągają najwięksi żeglarze na America’s Cup. To w stronę żyznych huertas Wspólnoty Walenckiej za jej murami, gdzie wyrosły słynne pomarańczowe gaje. Jest tak wiekowa jak Barrio del Carmen, jej wspaniała starówka, pamiętająca jeszcze czasy Maurów. I ultra nowoczesna jak futurystyczne Miasto Nauki i Sztuki, przy którym inne europejskie centra kultury po prostu bledną.
W południe przyjemnie wędruje się labiryntem zabytkowych uliczek. W zacienionych zaułkach życie tli się nawet podczas największych upałów. Wiele kamienic i pałaców zdobią barokowe fasady. Niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki. Ciekawie prezentuje się plac la Reina z górującą iglicą zabytkowego kościoła Santa Catalina. Ale ruszamy w stronę wybrzeża…

Walencja: historia cumuje obok przyszłości
Słońce tak świeci, że prawie nie widać linii horyzontu między morzem a niebem. Dla żeglarza ten odcinek walenckiego wybrzeża, zaczynający się w Walencji i kończący się w tętniącym życiem Alicante, to nie tylko szlak nawigacyjny. To styl życia, w którym rytm wyznaczają bryzy „embat” i godziny otwarcia najlepszych tawern.
Słynna La Marina de Valencia jest starym portem, który przeszedł metamorfozę z okazji Pucharu Ameryki. Z pokładu widać XIX-wieczne budynki celne, a tuż obok minimalistyczny gmach Veles e Vents. Miejscowi żeglarze opowiadają o „duchu starego portu”. Lokalna legenda mówi o statkach, które zatonęły u wejścia do portu podczas wielkich sztormów i „światłach widm” na wodzie, mogących być duszami marynarzy, którzy nigdy nie dotarli do brzegu. Tuż obok portu znajduje się dzielnica El Cabanyal, przez lata skazywana na wyburzenie, co było dla niej balansowaniem na granicy życia i śmierci. „Duchy” Walencji to tutaj opuszczone domy rybackie. Ponoć starsi rybacy z El Cabanyal do dziś potrafią podejść do luksusowego jachtu wartego miliony i z kamienną twarzą krytykować sposób wiązania cum, twierdząc, że „za ich czasów węzły miały duszę, a teraz mają tylko instrukcję obsługi”. Walencja to miejski port w najlepszym tego słowa znaczeniu. Po zacumowaniu nie idzie się do wygodnego hotelu, ale prosto na plażę Malvarrosa na prawdziwą „paella valenciana”. Obowiązuje jednak złota zasada, że prawdziwi żeglarze jedzą paellę tylko w porze obiadu.

Denia: brama do Balearów i czerwone krewetki
Płynąc na południe, mija się przylądek Cabo de la Nao, by dotrzeć do Denii. To port strategiczny – najbliższy punkt lądu stałego względem Ibizy. Panuje tu specyficzny ruch. Z jednej strony cumują tu wielkie promy z Balearów, z drugiej – setki żaglówek czekają na „okno pogodowe”. Samo wejście do portu przy silnym wietrze ze wschodu wymaga skupienia, ale nagrodą jest widok na majestatyczny zamek górujący nad miastem.
W marinie unosi się zapach grillowanych, czerwonych krewetek „gamba roja” już od południa. Wieść niesie, że pewien kapitan, chcąc zaimponować załodze, zamówił w Denii najlepsze owoce morza bez patrzenia na cenę. Gdy rachunek za słynne czerwone krewetki przewyższył koszt tygodniowego postoju w marinie, stwierdził z uśmiechem: „Cóż, przynajmniej łódź jest lżejsza o wagę mojego portfela, więc teraz szybciej będziemy płynąć na Ibizę”.
Alicante: Miasto Światła i wielkich regat
To obowiązkowy punkt na mapie żeglarskiej. Port jest znany jako stały gospodarz startu regat dookoła świata The Ocean Race. Najwyższa technologia spotyka się tu z czystą pasją. Marina w Alicante jest sercem miasta. Prosto z jachtu wychodzi się na Explanada de España, mozaikową promenadę zrobioną z 6,5 miliona marmurowych kostek. A widok na zamek Santa Barbara o zachodzie słońca jest niemal bezcenny. Alicante jest rajem żeglarzy. Tylko 11 mil morskich od portu leży wyspa Tabarca – pierwszy w Hiszpanii rezerwat morski. Woda jest tam tak czysta, że widać kotwicę na dnie na głębokości 10 metrów.
Mówi się, że w Alicante słońce świeci 330 dni w roku. Pewien brytyjski żeglarz, który zawinął tu na tydzień w latach 90. i nie mógł stąd wypłynąć, tak to skomentował: „Próbowałem, ale za każdym razem, gdy podnosiłem kotwicę, słońce odbijało się od zamku tak pięknie, że uznawałem to za znak, by zostać na jeszcze jedno piwo w porcie”. Ten odcinek walenckiego wybrzeża jest miejscem, gdzie wiatr zawsze wydaje się sprzyjać, a każda keja ma swoją opowieść.

Walencja liderką na Morzu Śródziemnym
Rozbudowa portu w Walencji, Puerto de Valencia, stała się dziś jednym z najbardziej gorących tematów, a zarazem kontrowersyjnych projektów w Hiszpanii. Oznacza bowiem starcie wielkiej wizji gospodarczej z surowymi wymogami ochrony środowiska. Nowy gigantyczny terminal ma umocnić pozycję Walencji jako lidera na Morzu Śródziemnym i głównego hubu dla towarów płynących z Azji do Europy oraz obu Ameryk. Całkowity koszt szacuje się na ponad 1,6 miliarda euro, z tego około 660 milionów euro zainwestuje państwo, a ponad 1 miliard euro wyłoży prywatny inwestor – gigant żeglugowy MSC (Terminal Investment Limited). Nowy terminal ma zajmować powierzchnię ok. 137 hektarów i posiadać linię nabrzeża o długości 1970 metrów. Pozwoli to na obsługę największych na świecie kontenerowców o długości 400 m.
Można usłyszeć, że władze portu kładą ogromny nacisk na to, by rozbudowa była „najbardziej zielonym” projektem tego typu na świecie. Terminal ma być całkowicie zasilany ze źródeł odnawialnych (energia słoneczna i wiatrowa). Statki cumujące w nowym terminalu będą mogły podłączyć się do sieci elektrycznej, co pozwoli im wyłączyć silniki spalinowe podczas postoju i znacznie ograniczyć emisję dwutlenku węgla.
Ekolodzy obawiają się jednak, że ingerencja w ekosystem morski może zaszkodzić pobliskiemu słodkowodnemu jezioru Albufera, oddzielonemu od morza jedynie wąskim pasem lądu. Zmiana zaś prądów morskich, spowodowana nowymi falochronami, może doprowadzić do zanikania słynnych plaż na południe od miasta, takich jak Pinedo czy El Saler. Zwolennicy przebudowy portu widzą jednak zdecydowanie więcej korzyści z powstania nowego terminalu niż ewentualnych strat. Projekt otrzymał ostateczne zielone światło od hiszpańskiego rządu. Co to oznacza dla żeglarzy? Z pewnością lepsze systemy bezpieczeństwa i lepsze podejście do portu. Ale być może też trudniejszą nawigację dla małych jachtów.

Z dala od wielkomiejskiego zgiełku
Jeśli chcecie odpocząć od zgełku i tłumów warto pojechać do Altei. Jest jednych z najbardziej urokliwych miasteczek na Costa Blanca, które zachwyca spokojną atmosferą, światłem i śródziemnomorskim klimatem. Już od pierwszego spaceru czuć tu artystycznego ducha – nie bez powodu Altea nazywana jest miastem artystów. Stare Miasto, położone na wzgórzu, urzeka labiryntem wąskich, brukowanych uliczek, białymi fasadami domów ozdobionych kwiatami oraz licznymi galeriami sztuki i pracowniami rzemieślników. Centralnym punktem jest kościół Nuestra Señora del Consuelo z charakterystyczną niebiesko-białą kopułą, który stanowi symbol miasta i oferuje piękne widoki na morze oraz okoliczne góry. Atmosfera miasta jest spokojna i autentyczna, daleka od zgiełku typowych kurortów. Nadmorska promenada zachęca do niespiesznych spacerów, a kamieniste plaże z krystalicznie czystą wodą sprzyjają relaksowi. Liczne restauracje i kawiarnie serwują lokalne dania kuchni śródziemnomorskiej, które najlepiej smakują przy zachodzie słońca.

Altea ma też swoją własną i bardzouroliwą marinę Greenwich, znaną także jako Puerto Campomanes, położona między Alteą a Calpe. To jedyny port na świecie leżący dokładnie na południku zero. Marina łączy nowoczesność z elegancją – luksusowe jachty, zadbana promenada i stylowe restauracje tworzą wyjątkową przestrzeń do wypoczynku. To idealne miejsce na romantyczną kolację nad wodą, spacer wśród palm czy podziwianie widoku na Peñón de Ifach. Zarówno Altea, jak i marina Greenwich oferują harmonijne połączenie natury, kultury i śródziemnomorskiego stylu życia.
Niedaleko od Altea leży Villajoyosa, barwne i pełne uroku miasto na wybrzeżu, które wyróżnia się wyjątkową atmosferą i silną lokalną tożsamością. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem są kolorowe domy starego miasta, ustawione wzdłuż rzeki Amadorio i nad samym morzem. Ich intensywne barwy tworzą malowniczą scenerię i doskonałe tło do spacerów oraz fotografii. Historyczne centrum kryje wąskie uliczki, małe place i zabytki przypominające o dawnych czasach portowego miasta Villajoyosa słynie również z długich, piaszczystych plaż, takich jak Playa Centro czy Playa El Torres, które są spokojniejsze niż w dużych kurortach i idealne do wypoczynku. Miasto znane jest jako „czekoladowa stolica Hiszpanii” – działają tu słynne fabryki czekolady, m.in. Valor, oferujące muzeum i degustacje. Nadmorska promenada, lokalne restauracje z kuchnią śródziemnomorską oraz liczne fiesty sprawiają, że Villajoyosa zachwyca autentycznością, ciepłem i niepowtarzalnym klimatem.
Marina Miramar w Santa Pola to kameralny port jachtowy położony tuż przy centrum miasta. Oferuje przyjemną promenadę, dostęp do restauracji i kawiarni oraz widok na wyspę Tabarca. To popularne miejsce spacerów, wypoczynku nad wodą i korzystania ze sportów wodnych, łączące portowy klimat z codziennym życiem miasta.


Najlepsza pod słońcem „paella”
Oprócz słońca, pięknych plaż i marin, walenckie wybrzeże ma jeszcze coś, co przyciąga – znakomitą kuchnię. „Najlepszą paellę robią w tawernach przy miejskiej plaży Levante w Walencji i w wioskach Perellonet i El Palmar”, mówią smakosze tego najbardziej hiszpańskiego dania. Prawdziwa „paella valenziana”, której podstawą jest ryż, nie łączy nigdy ryb z mięsem. Zwykle zawiera kawałki kurczaka, królika, ślimaki i karczochy. A na przystawkę je się mięczaki. Obowiązkowo też trzeba skosztować horchaty (orszady), mrożonego napoju z migdałów ziemnych i mleka, wspaniale gaszącego pragnienie w upały. Zwykle podaje się go z kromkami słodkiego chleba lub chrupiącymi obwarzankami. Po zachodzie słońca miasto ogarnia prawdziwa gorączka. Z pubów wylewa się rzewne, nieco krzykliwe flamenco, salsa i techno, nazywane tutaj bacalao, dorszem, który w przeszłości był rarytasem i synonimem najwyższej jakości. Morze szumi w oddali. Orzeźwiającą horchatę wieczorem wypiera „combinados valencianos” owocowy koktajl z domieszką alkoholu. Żal wyjeżdżać…
Autor serwuje paellę przy nadmorskiej promenadzie w Villajoyosa






